Proza

“Kod zero”…

Letnie słońce świeciło dosyć mocno. świadczyły o tym wymownie świeżo opalone na wakacjach, dekolty pań. Rozkołysany tłum to falował, to wił się w chaotycznych, rytmicznych konwulsjach. Było wczesne popołudnie.

Tak przynajmniej wydawało się Carr’owi, który siedział na balkonie restauracji “Ritz’a” w Nowym Jorku i leniwie patrzył na tę poruszającą się bezwładnie masę. Czasami zdawał się patrzeć gdzieś tam w nieskończoną dal, szukając jakby na niebie wyjaśnienia zagadki, którą dano mu do rozwiązania.

Tu muszę wrócić na chwilę do poprzedniego dnia, więc wyglądało to mniej więcej tak. Wczoraj wczesnym rankiem otrzymał telefon od pana McDaglish’a, że jego znajomy ze sfer finansowych Wall Street pragnie się skontaktować z prywatnym detektywem. Byle nie był on ze stanów. Bowiem, jak mu powiedział : “Nic tak bardzo nie szkodzi firmie, jak rozgłos nadany przez tę zgłodniałą szarańcze”. Miał oczywiście prasę na myśli, tę brukową ma się rozumieć.

Dlatego kazał natychmiast – swemu znajomemu i wspólnikowi zarazem – McDaglish’owi, szukać kontaktu w Londynie – kolebce dobrych detektywów. On sam nie chciał za bardzo angażować się w tę sprawę. Dawał mu całkowicie wolną rękę. McDaglish pomyślał więc o Philipie. Dlatego bez głębszego zastanawiania zadzwonił do młodego jeszcze, ale już o dużej renomie, detektywa.

————

Ważne wydawnictwa: