Posted by : admin in (Nasza Klasa, kultura, literatura, most2001, most2001.com, zdrowie)

Carl-Henning Wijkmark:”Nadchodzi noc”…

Tagged Under : , , , ,

Carl-Henning Wijkmark:”Nadchodzi noc”…

Bohater minipowieści “Nadchodzi noc” Carla-Henninga Wijkmarka pozwala nam uczestniczyć w swoim umieraniu – bez sentymentów i ozdobników. To rzecz o śmierci pozbawionej kiczu.

  • “Nadchodzi noc” – (oryg. “Stundande natten”) – Carl-Henning Wijkmark, przeł. Jan Rost, Wyd. Czarne 2010

Śmierć tematem literackim? To rzecz oczywista. Wieczne życie jak dotąd mają w ofercie tylko religie. Śmiertelność nas definiuje, niezależnie od tego, w co wierzymy (bądź nie wierzymy). Rzecz jednak w – skądinąd zrozumiałej – trudności, z jaką idzie ludzkości zaakceptowanie śmierci samej w sobie, śmierci pozbawionej wymiaru mistycznego i nadziei na to, że na tamtym świecie odnajdziemy jakąś kontynuację własnego bytu. Cywilizację Zachodu przenika smutek maskowany kiczem: wielkie religie monoteistyczne straciły rząd dusz, a w zamian nie dostaliśmy nic, co by nas mogło pocieszyć, wyjąwszy zbiorowe, higieniczne milczenie na temat nieuchronnego końca, przeplatane bohaterskimi opowieściami o terminalnie chorych, którzy udają się w kabotyńską ostatnią podróż i sieją wokół dobrymi uczynkami.

Ciekawe, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy na półkach księgarskich pojawiły się cztery książki, które rzucają wyzwanie temu kulturowemu tabu. Nie chodzi o tajną zmowę wydawców, ale o coś ważniejszego: odwagę zmierzenia się z odchodzeniem w całej jego surowości. Zaczęło się od wspomnień Davida Rieffa „W morzu śmierci” – spisanej piórem syna historii o nierównej walce, jaką Susan Sontag stoczyła ze swoją chorobą. Potem pojawił się błyskotliwy esej Juliana Barnesa „Nie ma się czego bać”, próba wynegocjowania warunków zgody na własne odejście. Nie zdążyliśmy odetchnąć po Barnesie, a już mogliśmy czytać „Sztywniaka” Mary Roach: ostry, bezkompromisowy, żartobliwy reportaż o pośmiertnej ziemskiej egzystencji naszych zwłok. A teraz czas na skromną minipowieść szwedzkiego pisarza Carla-Henninga Wijkmarka „Nadchodzi noc” – prostą, ascetyczną spowiedź umierającego człowieka.

Hasse, emerytowany drugorzędny aktor, leży na oddziale hospicyjnym dużego szpitala. W ostatniej drodze towarzyszą mu trzej inni pacjenci: skłócony z rodziną pięćdziesięciolatek Börje, maniak hazardu, doświadczony przez życie paroma dekadami bezdomności niebieski ptaki Harry oraz tajemniczy Monte, milczący, niemal nieobecny, bo umieszczony za szczelnym parawanem. W sali nr 5 nie ma już nadziei na życie – jest tylko nadzieja, że śmierć będzie dobra i życzliwa.

Wijkmark każe swojemu bohaterowi snuć narrację o kolejnych etapach tej wędrówki, a czyni to z prawdziwie skandynawską bezpośredniością: bez owijania w bawełnę. Jesteśmy z Hassem i wtedy, gdy próbuje się przygotować do exitusu, maniakalnie czytając o śmierci, i wówczas, gdy przeżywa ostatnie platoniczne uczucie do pielęgniarki, i kiedy zostaje sam, bo wszyscy jego koledzy z sali zdążyli już umrzeć. Jesteśmy przy nim, gdy szaleje z bólu i gdy zaczyna tracić przytomność. Krótko mówiąc, trwamy przy Hassem aż do końca.

Szwedzki pisarz umie wyważyć swoją opowieść – unika patosu, a jednocześnie nie spłyca relacjonowanej historii. Jeśli jest w tym wszystkim coś banalnego, to sama śmierć, zawsze przedwczesna, zawsze będąca podsumowaniem życia, które stanowi pasmo zaniechań i utraconych szans; śmierć ze skrajnie różnych perspektyw: widziana oczami umierającego, który dobiega dramatycznego końca, ale też obserwowana z oddali wzrokiem bezdusznego urzędnika szukającego w szpitalu oszczędności czy lekarza technokraty wiecznie wpatrzonego w ekran laptopa.

„Nadchodzi noc” nie ma, rzecz jasna, mocy godzenia nas z nieuchronnym. To nie jest książka terapeutyczna ani też rodzaj substytutu przeżycia religijnego. Ale po takiej solidnej dawce mądrej melancholii będzie może choć trochę łatwiej. Piotr Kofta

Posted by : admin in (Handel, kultura, most2001, muzyka)

Nowa płyta Corinne Bailey Rae…

Tagged Under : , ,

Nowa płyta Corinne Bailey Rae…

Morze smutku na płycie Corinne Rae

Muzyka jako terapia? Po Alicji Keys kolejna wokalistka soulowa nagrywa album, na którym opłakuje stratę ukochanej osoby. “The Sea” Corinne Bailey Rae to bardziej przypadek dla psychologa niż dziennikarza, dlatego po prostu posłuchajcie tej płyty.

  • Corinne Bailey Rae - “The Sea” – Wyd. EMI 2010

Mąż Corinne, saksofonista Jason Rae, umarł trzy lata temu po przedawkowaniu leków. Wokalistka przez 18 miesięcy dochodziła do siebie, w końcu nagrała drugi album „The Sea”. Dziwny, nieuchwytny, fantastyczny, który pokazuje, że Corinne sprzed czterech lat i dzisiejsza to dwie różne osoby. Banałem byłoby twierdzić, że to żałoba natchnęła ją do tak rozdzierającej muzyki. Ale dla niej „The Sea”, na którym wokalistka schodzi na ścieżkę nowych wyzwań, jest zarazem emocjonalnym wyzwoleniem. Debiut artystki „Corinne Bailey Rae” z 2006 r. był jednym z najgłośniejszych w ostatnich latach. Reklamowano go do obrzydzenia jako „piękną płytę”, a krytycy z miejsca przypięli wokalistce łatkę wice-nudziary, drugiej po Norze Jones.

Jednak pierwszy album Rae (podobnie jak debiut Amy Winehouse z tego samego roku) był ważny, bo udowadniał, że brytyjskie wokalistki w niczym nie ustępują Amerykankom. Corinne i Amy wraz z Lily Allen i Duffy dokonały niemożliwego: zawiozły drewno do lasu, czyli soul i pop do USA, stając się sensacją muzyczną roku. Niedawny udany album Alicii Keys nie przerwał dobrej passy artystek w Wysp, na co wskazuje właśnie „The Sea”.

Jedenaście utworów zawartych na nim porusza nie tylko dlatego, że Corinne wciąż tak samo bezbronnym, delikatnym głosem jak na debiucie, tu przyzywa umarłych. Ciarki przebiegają po plecach, gdy śpiewa o Jasonie w „Are You Here” tak, jakby wciąż żył: „poczekaj, aż zobaczysz jego oczy” – jednak fundamentem jej przemiany jest muzyka. Uwolniona z przykurzonych ramek soulu, funky, jazzu, rocka i popu wędruje beztrosko po skali głosu Corinne, który wcale nie jest wielki. Ale w zetknięciu z mrokiem odkupieńczych wersów „Love On It’s Way” czy tytułowego „The Sea” robi wstrząsające wrażenie. Brytyjka nawet nie próbuje równać do innych wokalistek, wręcz przeciwnie, sprawia wrażenie onieśmielonej siłą i intymnością tych piosenek. W rockowym „Paper Dolls” kpi ze swojego dawnego wizerunku, śpiewając: „Nikt mi nie powiedział, że mogę zrobić coś innego, że mogę być czymś innym”. Co wskazuje, że dawna Corinne, autorka soulowo-popowych przebojów, jak „Put Your Records On” czy „Like a Star”, należy do przeszłości. Na „The Sea” nie brak słabszych miejsc, nie brak też hitów („Paris Nights/New York Mornings”), lecz to nie one są motorem tego albumu, ale miłosne hymny z rockowym podbiciem, przypominające słynne „Everybody Here Wants You” Jeffa Buckleya z płyty „Grace”. „Love On It’s Way”, „Diving Hearts”, „The Sea” to muzyka czarnej rozpaczy, która toruje sobie drogę przez obłędne, powtarzane z uporem sylaby refrenu.

Już otwierający płytę „Are You Here” nawiązuje do poetyckiej emocjonalności Buckleya: melodia przychodzi i oddala się falami, krążąc wokół straty, zrezygnowania i pogodzenia – aż do wielkiej kulminacji. Otępieńczą nutę przytłumia czasem płaski, popowy refren, jak w „I’d Do Tt Again” czy „Feels Like the First Time”, ale wciąż natłok świetnych melodii, dynamicznych pomysłów, pięknych motywów nie pozwala złapać oddechu, podobnie jak sposób modelowania frazy przez dziewczynę, która jeszcze do niedawna ćwierkała na „Put Your Records On”. W kameralnej balladzie „I Would Like to Call it Beauty” jej głos ciągnie się jak miód, złamany goryczą jeszcze przed subtelną kulminacją, choć już w „Closer” Corinne śpiewa „otwartym”, soulowym gardłem. Swobodnie sięga po muzykę, która ją ukształtowała – po doo-wop, jazzowe klasyki oraz przydymiony soul lat 70. i funky lat 80., głównie Curtisa Mayfielda i Marvina Gaye’a („Closer”), ale także Niny Simone, Laury Nigro, Sade i Nony Hendryx. Popowy hicior „Paris Nights/New York Mornings” poprzedza dynamiczne „Paper Dolls”, dwa pozornie nietrafione utwory w tym zestawie. A jednak, mimo soulowo-jazzowych aranżacji i osadzonych w bezpiecznym retro-soulu organów Hammonda, chórków, gitar, fortepianu i perkusji jest intrygująco: nowa muzyka Corinne drażni, popycha w kierunku nieopisanych emocji, otula jej głosem. Wciąga w tę głębię jak w tytułowe morze i cieszy każdą nutą. Anna Gromnicka