Posted by : admin in (Handel, books, ekonomia, kultura, literatura, most2001, most2001.com)

Dan Brown:”ZAGINIONY SYMBOL”

Tagged Under : , , , , ,

Dan Brown:”ZAGINIONY SYMBOL”…

Czy Dan Brown jest antychrystem? Niewykluczone. Czy jak doktor Faustus podpisał pakt z Mefistem? Być może, ale z pewnością nie oddał duszy diabłu za talent pozwalający stworzyć arcydzieło. Nowa książka pisarza – “Zaginiony symbol”, już w księgarniach – to utwór pod każdym względem poprawny. Tylko poprawny.

  • “Zaginiony symbol” Dan Brown(oryg. “The Lost Symbol“), przeł. Zbigniew Kościuk, Wyd. Albatros/Sonia Draga 2010

Czy Dan Brown jest antychrystem? To niewykluczone, zważywszy na upodobanie, z jakim powtarza czytelnikom “Zaginionego symbolu” sławne wezwanie “bogami jesteście”. Gdyby więc tak było i Dan Brown okazałby się istotnie zapowiadanym od 2000 lat antychrystem, to przynajmniej stałoby się jasne, jak pisarz równie przeciętny mógł zyskać równie niebotyczną sławę, a do rozwiązania pozostałyby nam już tylko zagadki Trójkąta Bermudzkiego, Meteorytu Tunguskiego oraz Wielkiej Stopy.

Możliwe też, że Dan Brown podpisał pakt z Mefistem niczym doktor Faustus, ale z pewnością nie oddał duszy diabłu za talent pozwalający stworzyć arcydzieło. „Zaginiony symbol” to utwór pod każdym względem poprawny. Zgodnie z regułami gatunku na samym początku książki dowiadujemy się, że profesor Langdon dba o kondycję fizyczną. Niby drobiazg, a przecież istotny: Langdon – uczony tej miary, co sławny amerykański archeolog, doktor Indiana Jones – zmuszony jest przez blisko 600 następnych stron biegać po całym Waszyngtonie. Z niemniejszą pedanterią Dan Brown wyjaśnia powody, dla których pewien straszliwy złoczyńca mógł zostać członkiem tak zacnego stowarzyszenia, jak zakon wolnomularski. Masoni – Brown powtarza to kilkukrotnie – chętnie biorą łapówki. Za pieniądze gotowi są nawet kupczyć najwyższymi urzędami swego bractwa. Nie czynią jednak tego z niskich pobudek, bo z niskich pobudek, jak zapewnia Brown, nie czynią niczego. Bywają natomiast przekupni dlatego, że są notorycznymi filantropami.

Dalej dowiadujemy się, że poza działalnością dobroczynną wolnomularze zajęci są pilnowaniem sekretów, które – o ironio – strasznie chcieliby ujawnić, gdyż oświecenie świata i postęp ludzkości bardzo leżą im na sercu. Z kolei złoczyńca, który niczym wilk wtargnął się do masońskiej owczarni, pragnie wykraść te sekrety, ale właśnie po to, by świat nigdy ich nie poznał. Co dziwniejsze, podobny cel przyświeca amerykańskim tajnym służbom, które usiłują go powstrzymać, a którymi sterują… masoni. Można się w tym trochę pogubić. Jednak zapewniam – wszystko logicznie się ułoży. Trochę jak w starej wolnomularskiej zasadzie, którą Brown nieustannie przytacza: Ordo ex chao, “Ład z Chaosu”. A trochę jak w socrealistycznej powieści o przodownikach pracy, w której po pokonaniu dywersantów można już bez przeszkód budować lepsze jutro. Wróćmy jednak do złoczyńcy.

Mal’akh jest wyznawcą Aleistera Crowleya – XX-wiecznego okultysty, satanisty i przez pewien czas także wolnomularza z najwyższym, 33. stopniem wtajemniczenia w rycie szkockim. Ze wszystkich sił stara się też zewnętrznie upodobnić do postaci wytatuowanego Dartha Maula z pierwszej części „Gwiezdnych Wojen” Georga Lucasa. Sam Mal’akh mógł nie być świadom tego ostatniego długu. Brown jednak już na pewno był. I dobrze, bo dzięki temu wszystko staje się jasne. Masoni Browna są rycerzami Jedi. Ich wytatuowany przeciwnik to zdradziecki, mroczny lord Sithów. Coś jednak różni naszego „Dartha Mal’akha” od Lucasowskich prototypów, będących prawdziwymi wirtuozami spisku, rozpisanego na całe wieki galaktycznej historii. Coś, co nie świadczy dobrze o Brownie jako autorze thrilerów konspiracjonistycznych. Mal’akh bowiem, nie chcąc dopuścić do oświecenia ludzkości, także obmyśla perfidną intrygę. Jest ona wszelako tak perfidna i tak skomplikowana, że tylko zaskakująco duża liczba zupełnie przez niego nieplanowanych zbiegów okoliczności pozwala intrygę tę doprowadzić w ciągu jednej nocy do finału. Oczywiście finału zdradzić nie możemy. Owa wiedza, jak każda wiedza tajemna, ma swoją cenę. W wypadku „Zaginionego symbolu” cena ta wynosi 44 złote i 90 groszy. Ale to i owo da się ujawnić.

Po pierwsze, lektura „Zaginionego symbolu” uzmysławia nam prostą prawdę: Nasza epoka, uważająca się za nieskończenie lepszą od minionych, zgrzeszyła pychą. Nie dlatego, że – jak powtarza nieustannie Brown – dzisiejsze odkrycia naukowe są tylko niedoskonałym cieniem mądrości starożytnych. Ale dlatego, że każda epoka, również nasza, ma swoje własne gusła i zabobony. Ma też swoich dewotów.

Po drugie, sekret ujawniony nie tylko traci magiczną moc, ale co gorsza, może wzbudzić pusty śmiech, więc nie należy ujawniać go w tak prostoduszny i naiwny sposób, jak to uczynił w swej powieści Brown. Gdyby autor „Zaginionego symbolu” miał odrobinę prawdziwego talentu literackiego, którego nie posiada, być może potrafiłby zostawić czytelnika w stanie miłej niepewności. Może nawet skłoniłby go do zadumy. Zamiast tego zwykły, trzeźwo myślący śmiertelnik, zapoznawszy się z całą fabułą, może dojść do wniosku, jakże odległego od wzniosłych i misjonarskich intencji Browna. Uzna bowiem, że stracił tylko czas obserwując bieganinę przypominającą harcerskie podchody albo modne niegdyś także u nas biegi na orientację, by na końcu usłyszeć kilka, niekoniecznie zresztą prawdziwych, komunałów.

Ale naprawdę zabawne w książce Browna jest coś innego. Komunały te dla Amerykanów są równie łatwo dostępne i równie pospolite, jak masońskie breloczki, czapeczki lub kubki do kawy, które można bez trudu kupić także przez internet. W Polsce komunały owe, znane dotychczas tylko za pośrednictwem alarmistycznych i demaskatorskich publikacji antymasońskich, mogą wywrzeć przynajmniej na niektórych spore wrażenie, skoro zostały wypowiedziane z tak egzaltowaną aprobatą. Na taki coming out istotnie przygotowani nie jesteśmy. Utopijne zapowiedzi Browna, że już wkrótce nadejdzie czas, gdy zjednoczona ludzkość dzięki pozytywnemu myśleniu będzie mogła wpływać na materię, w nas wywoła przekorne pytanie o to, co stanie się z tymi, którzy nie zechcą myśleć pozytywnie. W końcu przez kilkadziesiąt lat przerabialiśmy lekcję zbiorowego pozytywnego myślenia, która Amerykanom została oszczędzona. Podejrzewam jednak, że w Polsce „Zaginiony symbol” zostanie zapamiętany raczej z powodu maksymy “bogami jesteście” i stanie się tak nawet w przypadku, jeśli najnowsza książka Browna nie wywoła już tylu prasowych komentarzy, co „Kod Leonarda da Vinci”.

Wezwanie do samoubóstwienia człowieka to kwestia drażliwa. Bodaj czy nie najbardziej w sporach o wolnomularstwo. Realni masoni pytani, czy przemiana ludzi w bogów jest celem ich organizacji, reagują zazwyczaj drwiną lub zniecierpliwieniem. Osobiście, mimo dydaktycznych wysiłków Browna, nadal nie wiem nawet, co owo wezwanie praktycznie miałoby oznaczać. Natomiast wolnomularze i ich zagorzali przeciwnicy sprawiają wrażenie, jakby wiedzieli, o czym mówią, chociaż nie możemy mieć pewności, czy rzeczywiście mówią o tym samym. Jakkolwiek by nie było, czytając powieść Browna można dojść do wniosku, że apoteoza zazwyczaj i tak kończy się apokolokyntozą. Zamiast w boga człowiek przemienia się w dynię, jak powiadali starożytni, których mądrość autor „Zaginionego symbolu” tak wysoko sobie ceni. Michał Otorowski

Posted by : admin in (Film, Teatr, kultura, most2001, most2001.com)

Tekst szwedzkiego wizjonera w TR…

Tagged Under : , , , , ,

Tekst szwedzkiego wizjonera w TR…

“Wiarołomni” z TR Warszawa z wielką rolą Mai Ostaszewskiej idą krok w krok za znakomitym tekstem szwedzkiego wizjonera. Jest w przedstawieniu Artura Urbańskiego wściekłość, współczucie i oskarżenie teatru jako narzędzia uzurpacji. Co najważniejsze zaś, spektakl nie gubi żadnego z sensów oryginału.

Zwlekałem z pisaniem o przedstawieniu Urbańskiego nieumyślnie, ale się opłaciło. Koledzy byli szybsi. Czytam więc o tym, że spektakl TR Warszawa jest jak telenowela, że aktorkę przytłacza nadmiar tekstu, że to o wydumanych problemach znudzonych mieszczan. Z każdego zdania bije pogarda i rozpacz nad rozlanym mlekiem. Oto TR, niegdyś w szpicy rzekomej awangardy, zdradził i służy zgniłej, do cna zużytej konwencji, bezczelnie kłania się banałowi.

Bergmanowi już dziękujemy

Mało to jednak zaskakujące. Bergman nigdy nie miał w Polsce łatwo – mistrzowie świata znad Wisły zawsze wiedzieli lepiej. Pamiętam rok 1996 i krakowski Festiwal Unii Teatrów Europy. Z Królewskiego Teatru Dramatycznego w Sztokholmie przyjechała “Iwona, księżniczka Burgunda” w inscenizacji autora “Siódmej pieczęci”, jako Ignacy – Erland Josephson. Przedstawienie było genialne.

Tymczasem w przerwie zastępy teatralnych celebrytów pod wodzą Najwybitniejszego Polskiego Reżysera wyszły. Mieli dość tego starego, hołdującego tradycji teatru. Teksty Bergmana gra się u nas rzadko i niechętnie. Zazwyczaj w stylu bezbolesnego dinner theatre, choć popartego rzetelnym aktorstwem, jak bywa na warszawskiej Scenie Prezentacje.

Z ostatnich lat zapamiętam tylko wspaniałe “Rozmowy poufne” Iwony Kempy z krakowskiego Teatru Słowackiego. Dominika Bednarczyk pokazywała w nim wszystkie odcienie kobiecej desperacji i niezłomności jednocześnie. Jak to robiła – nie wiem.

Piekło każdego dnia

“Wiarołomnych” z “Rozmowami poufnymi” łączy nie tylko temat zdrady małżeńskiej traktowanej jako trucizna, ale też krzyk rozpaczy, ostatnia szansa wyrwania się z niewoli codziennych konwenansów i rytuałów. Wielkość najlepszych tekstów szwedzkiego artysty polega na tym, że nie sposób znaleźć w nich jednoznaczności. Wszyscy są winni, wszyscy wszystkim zamieniają życie w piekło. Nie ma miejsca na lekkość, każdy gest, każde słowo nabierają specjalnego znaczenia. Nie ma w tym złych intencji, raczej chęć zmiany życia, posmakowania wolności, rozsadzenia dotychczasowych ram. Tyle że po drodze padają trupy.

Porównywanie czterogodzinnego seansu Urbańskiego z wybitnym filmem Liv Ullmann (to dla niej Bergman napisał ten scenariusz) nie ma sensu. Inna jest specyfika języka kamery, inny rytm i inną intensywność musi mieć sceniczna narracja. Ważne, że przedstawienie TR Warszawa nie gubi żadnego z sensów oryginału. Wzorem najwybitniejszych dzieł autor “Wieczoru kuglarzy” jak ognia unika ocen, drażni, pozostawia wątpliwości. Gdybym miał określić je jednym zdaniem, rzekłbym, że Urbańskiemu na scenie TR udało się stworzyć teatr bolesny.

Bez znieczulenia

Marianne Mai Ostaszewskiej ma w sobie zwyczajność i bezczelność jednocześnie. Znudzona związkiem z Markusem (Adam Woronowicz), natrętną rolą żony i matki, rzuca się w romans z Davidem (Redbad Klijnstra), licząc na brak konsekwencji. Z początku pewna siebie, próbuje bawić się sytuacją. Gdy sznurki wypadają jej z rąk, wydaje się, jakby bohaterka Ostaszewskiej ulegała wewnętrznemu rozpadowi.

Rola Marianne to wyjątkowe osiągniecie wybitnej aktorki. Skala trudności niebotyczna, czysto fizyczny wysiłek podobnie. Dlatego stawiam kreację w “Wiarołomnych” obok mistrzowskich partii Ostaszewskiej, przede wszystkim Klary ze “Stosunków Klary” w reżyserii Lupy oraz Harper z “Aniołów w Ameryce” Warlikowskiego. Marianne, Klara i Harper w ujęciu Ostaszewskiej mają rys nie do podrobienia. Niezgodę na otaczający świat i zasklepienie we własnym ciele, które jest darem i pułapką. Próbują bezskutecznie przekroczyć własne ograniczenia, poszerzyć prywatne pole walki. Kolejne prace aktorki nawzajem się dopełniają. Bez Ostaszewskiej nie byłoby “Wiarołomnych” w TR Warszawa.

Z kolei Woronowiczowi wystarczy klika gestów i specyficzny ton głosu, by pokazać odstręczającą śliskość Markusa. Klijnstra odbiera swemu Davidowi wyjątkowość, buduje obraz człowieka bez właściwości. Taka charakterystyka kochanka Marianne czyni jej wybór jeszcze bardziej desperackim. Do tego jeszcze konsekwentne epizody Magdaleny Kuty, Agnieszki Podsiadlik, Karoliny Dafne Porcari, Lecha Łotockiego – coś zdecydowanie więcej niż tło.

Teatr jako trucizna

Spektakl Urbańskiego podąża za myślą i intencjami Bergmana. Dlatego “Wiarołomnych” w TR Warszawa można czytać na dwa sposoby. Są nasyconą najbardziej ekstremalnymi emocjami psychodramą i jako taka mieści się swobodnie w stylistyce dzieł mistrza. Zostaje jednak drugie dno i ono chyba jeszcze bardziej nie daje spokoju. Choć “Wiarołomni” biorą się z życia, nie zamierzają życia udawać. Są teatrem uruchamianym przez reżysera Bergmana (Władysław Kowalski). Marianne jest aktorką w jego projekcie i nie wiadomo, co z jej opowieści jest prawdą, a co wytworem fantazji. Bergman nie miał wobec siebie złudzeń, dlatego nie bał się samooskarżenia. Tyle że “Wiarołomni” idą na tej drodze przynajmniej krok dalej. Bezpardonowo atakują teatr, który pasożytuje na ludzkiej intymności, wyciska ludzi jak cytryny, a potem o nich zapomina. Jacek Wakar